Rozdział 7: Klany
Przeciskając się przez fale tłumu i starając się nie spuszczać samuraja z oczu, doszedłem w końcu do sieci ciasnych uliczek, gęsto posplatanych ze sobą. Otaczały mnie zastępy małych, wręcz jednakowych domków, gdzieś w oddali słychać było muzykę, gwar, trochę bliżej śmiechy przeszywane częstymi przekleństwami i wyzwiskami. Nie zauważyłem nawet, jak samuraj zniknął w tej misternej sieci. Zacząłem się za nim rozglądać. Wchodziłem w ciemne zakamarki, lecz po nim ani śladu.
”Hola hola młodziku...czego tutaj szukasz?” – usłyszałem za plecami. Odwróciłem się powoli, by ujrzeć zapitą twarz jakiegoś starszego jegomościa.
„Yrm...karczma...i w ogóle..”- mruknąłem cofając się powoli.
„Hmm....karczmy szukasz...mogę Ci powiedzieć gdzie jest, ale pod jednym warunkiem...wiesz, przydałoby mi się troszkę pieniędzy...powiedzmy, z 200gil, ktoś taki jak ty na pewno nie zauważy tak małej straty, prawda?”
„Ja nie mam pieniędzy, naprawdę!”- krzyknąłem stanowczo.
”Och, nie łżyj chłopcze, bo ci przetrzepię skórę!”- oparł rękę na pasku, dostrzegłem pod jego ręką rękojeść, zapewne sztyletu. Wyciągnąłem swój miecz i stanąłem pewnie na nogach.
”Umówmy się tak. Stoczymy mały pojedynek, jeśli wygram, powiesz mi, gdzie mam się udać, jeśli przegram, oddam ci to, co mam, zgadzasz się na takie warunki?”
„Nie mam nic do stracenia...pojedynek klanowy, czy jeden na jednego?”- odparł, kątem oka dostrzegłem kilka snujących się w cieniu budynków postaci.
„Klanowy? Co to znaczy?” – nie miałem pojęcia o co biega. Mój przeciwnik ryknął śmiechem.
”Hahah, jesteś kompletnie zielony nowicjuszu!” – kucnął, odetchnął głęboko. „No to powiedzmy, że zanim cię rozgromię, nauczę cię małej lekcji. Otóż ostatnimi czasy ogłoszono turniej w każdym mieście królestwa. Jest o co walczyć, zwycięski klan staje na czele miasta, ustala inflację, podatki...nawet stanowi prawo.”- zaczął objaśniać. Przysłuchiwałem mu się uważnie.
”Brzmi kusząco...”
„Pfff...”- Parsknął.- „Jesteś niezrzeszony, zielony! Myślisz, że ktoś cię weźmie do swojego klanu? Chyba żarty sobie stroisz!”
„Zielony? Może tylko w tej dziedzinie....za to bronią posługuję się całkiem nieźle!”- natarłem na niego zadając cios, jednak chybiłem, złodziej uskoczył szybko na bok, mimo, że to starsza już osoba. W świetle dziennym dostrzegłem pociętą zmarszkami i bliznami twarz, wypłowiałe włosy i podarte ubranie. Mimo tego, że był niewiele wyższy ode mnie, był lepiej zbudowany. Przerzucał sztylet z ręki do ręki i podśmiewał się. Spróbowałem zadać kolejny cios, jednak i ten chybił.
”Dobrze posługuję się bronią...och, ciekawe, chyba drewnianym mieczem!”- szydził ze mnie. Nagle odbił się od ściany, jednej, drugiej, chwycił się belki i odbijając nogami od ściany natarł szybkim ciosem na mnie. W ostatniej chwili udało mi się odparować cios, dostrzegłem kilka iskier i usłyszalem brzdęk stali.
„Ghrrr...zobaczymy, czy obronisz się przed tym!” – mężczyzna zaczął wyprowadzać szybkie serie ciosów, starałem się ich unikać,w ostateczności próbować odparować. Dostrzegłem, że ostrze mojej broni zaczynało rozbłyskać się jakimś wątłym, niebieskawym światłem, które stawało się z minuty na minutę coraz intensywniejsze.
„No dalej! Pokaż mi, że się starasz!”- odparł złodziej, znów spróbował zrobić ten szybki cios z powietrza.
”Nie nabiorę się na to drugi raz!” machnąłem mieczem, by się obronić. Nagle zza moich pleców jakby poczułem silny powiew wiatru, spojrzałem w górę. Z miecza wyfrunął niebieski pocisk, który ugodził złodzieja prosto w brzuch, odrzucając go z impetem w stronę ściany, osunął się po niej z jękiem.
”Gh......miksturka...gdzie moja miksturka...” – grzebie po kieszeniach poszukując flakonika z czerwoną cieczą. „A...jesteś.....” odkorkował go i pociagnął łyk. Złodziej jakby dostał nowej fali sił, już miał zadać kolejny, na pewno smierelny dla mnie cios, gdy przede mną stanęła uzbrojona postać na wierzchowcu. Rozległ się dźwięk gwizdka.
”Za używanie przedmiotów leczniczych skazuję cię na 24 godziny więzienia, Cedricu Ridgerze!” – odparł donośnym głosem, uniósł czerwoną kartkę w powietrze i zniknął razem ze złodziejem.
„No pięknie, znowu ten koleś....przeszkodził mi!” – mruknałem chowając miecz. „A chciałem dojść do karczmy, niech to szlag!”- uderzyłem pięścią w kosz.
”Szukasz karczmy, kupo?”- dosłyszałem głos gdzieś pod sobą.
„...Kupo? Wypraszam sobie, nazywam się...Alex.”- spojrzałem na dół, to był Moogle z pomarańczowym pomponem i kremową sierścią. Miał na sobie kolorowy kubraczek i ciemnozielone spodenki, w łapce trzymał niewielką różdżkę.- „Przepraszam, zapomniałem, że wy Moogle dodajecie często „kupo””
„Nic się nie stało, kupo! Nazywam się Liller, i też szukam karczmy. Powiedzieli mi, żebym szedł prosto, więc chyba jeszcze kawałek musimy iść, prawda?”- spojrzał na mnie swoimi wielkimi, czarnymi oczami
„Ja nie mam pojęcia, ty mnie prowadź.”- i ruszyliśmy przed siebie.
Now Playing: Hikari